wtorek, 22 maja 2012

Rowerem do pracy (i nie tylko)

Maj zdecydowanie zaległ nad Wyspą. To maj daje znak do wzrostu liści, do pobudki dla zimujących owadów, to w maju zaczynamy zwracać twarze ku słonecznym pieszczotom. Maj wstrzykuje nam do mięśni dodatkowe siły i wypycha z pomieszczeń na otwartą przestrzeń. Na Islandi powyższe zjawiska są dodatkowo zintensyfikowane, wszystko dzieje się szybciej i drastyczniej, można się poczuć jakby maj stawiał nam ultimatum: jesteś aktywny albo wynocha!
No więc maj to czas roweru. Śnieg definitywnie uszedł już z dróg i chodników, a wiatr nie jest aż tak dokuczliwy. Na pedały naciskamy zatem często, codziennie po kilka, kilkanaście kilometrów, czasem więcej. Na stronie www.hjoladivinnuna.is już od 10 lat w maju rywalizują między sobą firmy, a w firmach poszczególni pracownicy o tytuł najbardziej rowerowego pracodawcy/pracownika. W moim przypadku zwyczajowa droga do pracy - 1km w jedną stronę, musiała zostać wydłużona przynajmniej pięciokrotnie. Wymyślam sobie zatem trasy poranne i popołudniowe, zwiedzając centrum miasta lub okrążając go wybrzeżem, sunąc przez szybkie asfaltowe drogi lub też spokojnie delektując się widokiem zieleni w okolicznych parkach. Na ścieżkach rowerowych panuje niezwykłe poruszenie - co roku przybywa uczestników pracowniczo-rowerowych zmagań - do tej pory ponad 10tys uczestników zalogowało już ponad 400tys przejechanych kilometrów, co przekłada się na 310 okrążeń dookoła Islandii.
Hipnotyczny widok toczącego się koła plus interesujące podcasty sączące wiedzę wprost do uszu sprawiają, że pokonywana rowerem droga sama ucieka spod kół. Ech, maj.

A oto ostatnio dodane aktywności:

niedziela, 20 maja 2012

Siła słońca

Wraz pojawieniem się słońca życie nabiera ogromnego tempa. Aktywności nie ma końca. Po takich weekendach jak ten przydałaby się dodatkowe dwa dni na odpoczynek.
Tradycyjnie byliśmy na plaży i pływaliśmy w lodowatym oceanie. Dzięki praktyce możemy co raz dłużej pozostawać w wodzie. Po takim głęboki schłodzeniu organizmu potrzebujemy jednak więcej czasu na ustabilizowanie temperatury ciała.
Wyjścia na plażę łączymy oczywiście z aspektem towarzyskim. Ostatni temat rozmowy to fizyka kwantowa :) To wszystko dzięki Ani, która jest doktorem fizyki teoretycznej i przybliża nam tą trudną do zrozumienia dziedzinę nauki.
Po plaży wskoczyliśmy na rowery aby przywitać już w domu naszych nowych gości. Tym razem trójkę studentów z Francji, Korei i Serbii. Wszyscy razem przyjechali z Finlandii gdzie byli na wymianie studenckiej. Kolegę z Francji Sylevain poznaliśmy w trakcie jego półrocznego pobytu w Islandii. Był naszym sąsiadem i często wpadał do nas aby ugotować Tadżin. To były czasy :)
Wszyscy razem ruszyliśmy na grilla gdzie uroczyście żegnaliśmy kolegę Mirka, który na parę miesięcy wyjeżdża do Polski. Na tej grillowej nocy zauważyłam, że właściwie już nie robi się w ogóle ciemno. Wygląda to bardzo zabawnie w mieście kiedy jest mnóstwo pijanych ludzi. Włóczą się wówczas wszyscy z baru do baru przy ostatnich i pierwszych promykach słońca.


czwartek, 17 maja 2012

Na rowery hej!


Dzisiejszy dzień był po znakiem jazdy na rowerze. W sumie przejechaliśmy z Tomkiem ponad 20 km. Po drodze nie obeszło się bez małych atrakcji. Po pierwsze zatrzymaliśmy się na plaży geotermalnej. Posiedzieliśmy w gorącym hotpocie i popływaliśmy w lodowatym oceanie. Była bardzo słoneczna pogoda więc udało nam się trochę poopalać. Po kąpieli wodnej i słonecznej ruszyliśmy w stronę Seltjarnarnes odwiedzając po drodze naszą koleżankę Joannę. W drodze powrotnej natomiast pojechaliśmy zobaczyć ogromny wycieczkowiec, który jako pierwszy w tym roku przypłynął do wybrzeży Islandii. Statek robi naprawdę wielkie wrażanie.
Myślę jednak, że osobiście nie zdecydowałabym się na wakacje na statku. Dla mnie jest to po prostu wielki pływający hotel z atrakcjami. Nie ma kontaktu z naturą. Cały czas tylko ocean i ocean:) 

Fot. Tomasz Chrapek

środa, 16 maja 2012

Banff

Jak co roku rozpoczął się dzisiaj Festiwal filmów górskich Banff World Tour 2012. 
Tym razem filmy można było zobaczyć w Bioparadis. 
Dzisiejszy pokaz obfitował w filmy wspinaczkowe, jazdy na nartach i rowerze. Wszystko oczywiście w wersji hard core. Tutaj można zobaczyć trailer. 
Mnie osobiście najbardziej spodobały się filmy o speed clambingu na The Nose (El Capitan) oraz o extremalnych spływach kajakowych. Część filmu związanego ze spływem kajakowym był kręcony na Islandii. Poza tym ciekawy był też film o nowym typie wspinaczki lodowej. Pokazano, że w wspinaczkę lodową można wpleść styl wspinaczki klasycznej (lżejszy sprzęt i lekkie buty z rakami). Ciekawy był też  film "Cold". Wspinaczka zimowa na 8 tysięcznik Gasherbrum. Film został nakręcony przez Amerykanina, który brał udział w wyprawie. Razem z nim wspinało się dwóch gości z Włoch i Kazachstanu. Zostali pokazani oni jako jacyś śmieszni gości ze słabym angielskim. W ostatecznym rachunku to własnie oni wyszli zwycięsko z tej wyprawy. 
W kinie zebrała się cała śmietanka ludzi gór. Większość związana jest z islandzkim klubem IsAlp, który organizował festiwal. 
Przynam, że jeszcze kiedyś po obejrzeniu filmów górskich miałam ochotę wskoczyć na rower i  pędzić na oślep przez górki lub wspinać się po skałach. Teraz ogarnia mnie większy strach przed upadkiem. Zastanawiam się jakim cudem ja się nigdy nie połamałam. Na pewno miałam duuużo szczęścia i jeszcze więcej fantazji. 

niedziela, 13 maja 2012

Majówka rodzinna

Patrząc na pogodę za oknem (huraganowy wiatr i deszcz) przyznam, że rodzice mieli po raz kolejny szczęście przyjażdżając do Nas w trakcie słonecznej majówki. Dwa lata temu trafili na upały stulecia. Czapki i rękawiczki mogli rzucić w kąt. Wyobrażam sobie, że moje opowieści o poziomym deszczu i huraganie wzbudzają u nich tylko uśmiech na twarzy :) Myślę, że może i dobrze. Warto mieć przecież słoneczne wpomnienia z wakacji. A jest co wspominać.
Codziennie wypady na różnego rodzaju otwarte baseny połączone z relaksem w gorących bąbelkach. Poza tym wyjazd na domek letniskowy gdzie po drodzę zwiedziliśmy wodospad Barnafoss oraz największy na świecie naturalny wypływ gorącej wody.
Ponadto rodzice pierwszy raz przejechali przez  kilku kilometrowy tunel, który został wydrążony w skale pod Fiordem. Była również jazda konna, muzeum penisów, suszarnia ryb, jezioro, źródła geotermalne, kolacja z szefostwem, impreza itd. Aż trudno uwierzyć, że w tak krótkim czasie (7 dni) można zrobić tyle rzeczy. Pewnie taką ilością aktywności daliśmy im popalić :) Z drugiej strony teraz rodzice mogą usiąść w cieniu wielkiego orzecha w Królestwie Laryszonii i powspominać daleki świat... a może dzięki takim wizytom coraz bliższy :)
Teraz już tylko czekamy, aż teściowie dadzą się zaprosić :)
Fot. Tomasz Chrapek

piątek, 11 maja 2012

Reykjavik Shorts&Docs

Właśnie zakończyła się dziesiąta edycja Festiwalu Filmów Krótkometrażowych i Dokumentalnych - Reykjavik Shorts&Docs. Podczas trwania Festiwalu pokazano 45 filmów krótkometrażowych i dokumentalnych. W śród wielu filmów z różnych krajów, każdy miał szansę zobaczyć również blok z polskimi filmami. 
Mnie najbardziej przypadł do gustu film "Brzydkie słowa"  Marcina Maziarzewskiego oraz "Kiedyś będziemy szczęśliwi" Pawła Wysoczańskiego, który ostatecznie wygrał festiwal. 
Film opowiada historię chłopaka z miejscowości Lipiny na Śląsku, który nagrywa film o marzeniach telefonem komórkowym. Przynam, że miło było posłuchać sobie śląski dialekt w islandzkim kinie. 
Festiwal był świetnym czasem na spotkanie się z przyjaciółmi i poznanie ciekawych ludzi. Pewnie w Polsce nie miałabym takiej łatwej możliwości poznać tak wiele osób związnych z kinem. Spędziliśmy miły czas z reżyserem nagrodzonego filmu Pawłem Wysoczańskim, który na geotermalnej plaży opowiadał nam ciekawe historie z podróży do Afganistanu, Somalii oraz o kuluarach powstania filmu :) Obecnie oczekujemy jego kolejnej produkcji o Jerzym Kukuczce. 



Europiejskie wojaże

Kwiecień był dla Nas czasem podróży. 
Wielkanoc podobnie jak rok temu postanowiliśmy spędzić za granicą.
W Islandii w tym czasie bardzo często pogoda jest jeszcze zimowa, a w Europie jest już piękna wiosna. W zeszłym roku byliśmy w słonecznej Norwegii u Ani, a w tym roku postanowiliśmy przemierzyć Europę zaczynając od Holandii gdzie spotkaliśmy się z Martą, a kończąc w Szwajcarii. 
W sumie podróż zajęła nam 17 dni. Jeszcze nigdy w taki krótkim czasie nie przemierzyłam tylu krajów.  Zwiedziliśmy aż 6 krajów (Holandię, Belgię, Luksemburg, Francję, Szwajcarię, Danię). Najwięcej czasu spędziliśmy w Holandii i Szwajcarii. We Francji byliśmy tylko dwa dni ale za to udało Nam się pojeździć na nartach i zobaczyć MontBlanc. Miasto Lukemburg przeszliśmy w dłuż i w szerz, a Belgię przejechaliśmy pociągiem. Kopenhaga natomiast została nam na deser. 
Było to czas dużej aktywności. Zobaczyliśmy mnóstwo pieknych miejsc. Poruszaliśmy się wszystkimi możliwymi środkami transportu (samochodem, rowerem, pociągiem, trolejbusem, kolejką linową, statkiem, stopem, autokarem, taxówką).  Spotkaliśmy świetnych ludzi i spaliśmy na nalepszych kanapach w ramach Couchsurfingu. Zaznaliśmy dużej gościnności i otwartości. 
Jak to dobrze było znaleźć się w Eurpie i móc przekraczać granice. 
Fot. Tomasz Chrapek

piątek, 23 marca 2012

Tygodniówka

Mijający tydzień był bardzo intensywny.

Tradycyjnie w poniedziałek po pracy ruszyłam na godzinną gimnastykę do Badhusid. Całe szczęście, że centrum sportowe znajduje się w drodze z pracy do domu. Dzięki temu, że nie muszę nigdzie dojeżdżać, oszczędzam dużo czasu, który mogę wykorzystać też na inne aktywności. Pomimo, że na dworze szalał huragan zaraz po gimnastyce postanowiłam pojechać z Tomkiem na pływanie w oceanie. Wiatr był bardzo silny, tworząc duże fale. Po półgodzinnej rozgrzewce w gorącym pocie ruszyliśmy do lodowatej wody. Tym razem udało mi się trochę dłużej wytrzymać w wodzie i popływać. Z tygodnia na tydzień widzę u siebie progres. Wierzę, że to morsowanie wzmocni mój organizm. Poza tym to niezła frajda :) Jest to takie mierzenie się z własnymi słabościami. Zanurzenia się w lodowatej wodzie to kwestia psychiki bo nasz organizm i tak to wytrzyma (oczywiście w odpowiedniej dawce). Poza tym to dobry czas na spotkanie się z przyjaciółmi. Tym razem dołączył do Nas Piotrek vel Gacek :)Pozostałe osoby ciężko namówić.

We wtorek rano obudziłam się z lekkimi zakwasami. Po pracy żeby rozgrzać trochę swoje obolałe mięśnie i porozciągać się poszłam na Body Balance. To są moje ulubione ćwiczenia. Bardzo podobne są do jogi, a dodatkowo w tle leci spokojna muzyka. Pani trener jest tak fantastyczna, że z wielką przyjemnością chodzę na jej zajęcia. Tego dnia z Joanną miałyśmy zrobić sobie babskie popołudnie, połączone z ćwiczeniami, sauną i pogawędką. Ostatecznie jednak przełożyłyśmy to na następny tydzień. Wieczorem natomiast nie narzekałam na nudy ponieważ przyjechali do Nas Couchserferzy z Włoch. Już po minucie spotkania czułam się z nimi bardzo swobodnie. Byli bardzo radośni, mówili głośno i gestykulowali. Zostali z nami tylko jedną noc, gdyż musieli wracać do swojej nowej pracy 2 h drogi od Reykjaviku, którą rozpoczęli dwa tygodnie temu. W związku z tym ze postanowili zostać jakiś czas na Islandii, umówiliśmy się z nimi na wspólne basenowanie ;)

W środę rano każdy ruszył w swoją stronę. Mnie tego dnia czekał długi i ciężki dzień w pracy (jak to w środę). Wróciłam ledwo żywa o 19 do domu. Na szczęście Kasztanka ze swoim kolegą Kaszem (Irlandczyk, który z nią tymczasowo mieszka) postanowili wpaść do mnie i ugotować obiad. Bardzo się z tego ucieszyłam. Gotowanie jest ostatnią rzeczą, o której myślę gdy wracam w środę z pracy. Zjadłam przepyszną zupę dyniową.

W czwartek natomiast rozpoczął się coroczny festiwal designu. Otwarcie było w Art Muzeum w Reykjaviu. Przyszło bardzo dużo ludzi. Nie zabrakło też Pana Prezydenta oraz Burmistrza miasta Reykjavik. Na Islandii wszyscy są na wyciągniecie ręki. Wystarczy tylko podjeść i rozpocząć rozmowę. Żadnych specjalnych wejściówek, ochrony itp. Spotkaliśmy z Tomkiem kilku znajomych oraz przy okazji zobaczyliśmy wystawę Santiego Sierra. Nigdy nie przepadałam za sztuką nowoczesną, a po tej wystawie jeszcze bardziej ugruntowałam się w tym przekonaniu. To co zobaczyłam to był dla mnie szok! W jednej sali był ogromny telebim odtwarzający dziesięć aktów seksualnych. W filmach zmieniała się tylko ilość osób, płeć, kolor skóry i tytuły np."10 białym mężczyzn penetruje 10 czarnych mężczyzn". Zastanawiałam się gdzie jest tutaj granica miedzy sztuką, a zwykłym porno? Jeśli zadaniem autora jest szokować ludzi to udało mu się to w 100 procentach. Art Muzeum zapomniał jednak o dzieciach, które również były obecne na otwarciu festiwalu, a przy okazji na wystawie. Co jak co ale Islandia jest otwarta na każdego rodzaju sztukę. Po spotkaniu ze sztuką wpadł do Nas jeszcze wieczorkiem kolega, który postanowił zgłębić wszelką wiedzę prawną dotyczącą żeniaczki. Przyznam się, że lepiej czuje rozprawiając o prawie niż o sztuce :)

Piątek i cały weekend zostawię na osobnego posta. W związku z tym, że rozpoczął się festiwal polskich filmów jest o czym pisać! A do tego spotkania z przyjaciółmi, wyjcie do miasta itd. :)

piątek, 16 marca 2012

Jak nam było w Portugalii - video

Portugalia spadła na nas z nienacka w ramach naprędce skleconego "planu B" po uwieńczonej porażką batalii z rezerwacją biletu lotniczego do Gruzji, gdzie chcieliśmy spędzić ok 2 tygodni w sierpniu 2011. Kryteria wybóru Portugalii były dosyć prozaiczne - w miarę egzotyczny kraj, gdzie dostać się można za rozsądną cenę z Polski. Dodatkowo przemawiał na korzyść Portugalii fakt, iż nikt z nas tam wcześniej nie był (no i Lizbona jest najbardziej od Warszawy oddaloną stolicą Europy - nawet Reykjavik jest bliżej, sic!).
Nie zakładaliśmy sztywnego planu wyjazdu oddając swe podróżnicze losy w ręce przypadku. Tym co najbardziej wpłynęło na kształtowanie się naszej podróży był Couchsurfing. Genialna ta idea zaprawdę działa w Portugalii! Często wysyłaliśmy zapytania "w ostatniej chwili", co nie było problemem dla goszczących nas ludzi. Ogromnym plusem z korzystania z Couchsurfingu w porównaniu do "tradycyjnego" zwiedzania z noclegami w hotelach i guesthousach jest głębokie wniknięcie w "tkankę społeczną" danego narodu przez co można niejako "od kuchni" poznać kulturę. Tak się też stało w naszym przypadku - ilość informacji jakie otrzymaliśmy od naszych gospodarzy jest doprawdy imponująca. W każdym miejscu oferowano nam oprócz własnego łóżka (raz z baldahimem i raz ze świecami;) również wspólny posiłek. Portugalia z pewnością zasługuje na ponowne odwiedziny.
Z tej 10-cio dniowej podróży powstał poniższy filmik.

środa, 7 marca 2012

Podwodne przygody - Video

Podczas wakacji 2011 wiele się działo. Jednym z punktów kluczowych wypadu na północ kraju były znane nam już wcześniej jaskinie wypełnione ciepłą wodą w okolicach jeziora Myvatn. Miejsce magiczne nie tylko ze względu na swoje pochodzenie (pęknięcie tektoniczne) ale głównie z powodu przejrzystej wody w przyjaznej człowiekowi temperturze. Jako, ze miejsce nie należy do najbardziej odwiedzanych atrakcji wyspy, można się rozkoszować całkowitą swobodą i kontaktem z nienaruszoną naturą.
Poniżej wideo, które wspólnymi siłami nakręciliśmy z Izą w tym niesamowitym miejscu.


Gość ekstremalny

W ramach Couch Surfingu gościmy przeróżne osobistości. Na naszej kanapie "surfują" młodzi Amerykanie i podstarzali Niemcy, imprezowicze z Wielkiej Brytanii i studenci z Polski. Czasmi jednak trafia się ktoś, kto swoim pomysłem na spędzenie czasu na Islandii przyprawia słuchaczy o "opad szczęki". Tym razem był to Tom Sercu - Francuz podróżujący samotnie na rowerze. 
Jak wiadomo Zima na Islandii raczej nie obchodzi się z ludźmi łaskawie - ciągła gonitwa frontów z wiatrami przekraczającymi często 20 m/s, którym zazwyczaj towarzyszy deszcz lub śnieg. Do tego dodać trzeba ciemności panujące przez większą część doby i temperatury nie przekraczające 10 st. Celsjusza. A jednak, podczas, gdy większość z nas okupuje ciepłe przestrzenie swoich domostw, niektórzy czerpią inspiracje z takich właśnie warunków pogodowych wymyślając sobie zimowe “rozrywki” różnej natury. Tom zaplanował okrążyć wyspę w bliżej nieokreślonym czasie, trzeźwo kalkulując nieprzewidywalność zimowych warunków, które mogłyby pokrzyżować mu plany. Na wyprawowym wyposażeniu znajduje się m.in. namiot, śpiwór oraz rakiety śnieżne (pomocne przy pchaniu roweru w głębokim śniegu) oraz 35 kg reszty sprzętu i jedzenia. 
Tom na swoim rowerze ma już “na koncie” sporo wypraw, m.in. do USA, Ameryki Płd., Indii czy Nepalu, rokrocznie wykorzystując w tym celu swoje 7 miesięcy wolnego. Jego postępy w drodze przez zimową Islandię można śledzić na blogu: http://tomtheroad.blogspot.com/ oraz przez szybę samochodu gdzieś na narodowej “jedynce”
.


Tom Sercu dzień przed wyruszeniem w trasę. Fot. Tomasz Chrapek

niedziela, 4 marca 2012

Dookoła pustka

Tyle razy obiecywałam sobie, że będę pamiętać gdzie leży granica mojej fizycznej wytrzymałość. W końcu kto jak kto ale ja powinnam znać swój organizm najlepiej. Czyż nie jest tak?
Lata chodzenia po górach, jazdy na rowerze, biegania, wspinania, pływania powinny nauczyć mnie gdzie w aktywności kończy się przyjemność, a zaczyna się walka z własnymi słabościami.
Wiem, że pokonywanie własnych słabości jest ważne. Daje siły na kolejne działanie oraz wywołuje mnóstwo emocji, dzięki którym dane zdarzenie zapamiętujemy na całe lata.
Z drugiej jednak strony czas rzeczywisty danego zdarzenia dłuży się w nieskończoność, a człowiek marzy już tylko o tym żeby wszystko dobrze się skończyło.
Dzisiaj własnie miałam okazję przeżyć taki stan.
Zaczęło się niewinnie od wyjazdu na narty z Olą i Darkiem. Z uwagi na fakt, że nie mamy do końca skompletowanego sprzętu narciarskiego, podzieliliśmy się na dwie drużyna. Ja i Darek ruszyliśmy na stok, a Ola i Tomek skorzystali z nart biegowych. Po 2 godzinach jazdy spotkaliśmy się na obiedzie i zamieniliśmy się sprzętem. Byłam już trochę zmęczona ale z drugiej strony pomyślałam, że byłoby przyjemnie wypróbować biegówki na szlaku.
Już wtedy powinna zapalić mi się lampka ostrzegawcza, że pomysł przemierzenia 13 kilometrowej trasy po dwóch godzinach jazdy na nartach to może być za wiele dla mnie.
Pogoda jednak była piękna i słoneczna. Tomek, Ola i Darek zostali na stoku, a ja ostatecznie sama ruszyłam ku przygodzie.
Pierwsze 5 kilometrów było bardzo przyjemne. Z każdym jednak następnym kilometrem traciłam siły. Najgorsze zaczęło się jednak w połowie drogi. Gęste chmury pokryły niebo i zaczęła się zamieć. Potężna burza śnieżna. Wszystko dookoła było białe. Niebo i śnieg zlały się w całość. Ślady nart zaczęły się zacierać. Żadnych oznakowań na trasie, żadnych drzew, żadnych punktów orientacyjnych, żadnego schronienia. Zmrożony śnieg wbijał się w ciało, a dookoła pustka. Czułam przeszywające zimno i ból wszystkich mięśni. Islandzka pogoda po raz kolejny zagrała nie fair.
To był dla mnie ten moment gdzie kończy się granica mojej wytrzymałość. Teoretycznie powinnam się zatrzymać, podziękować za piękną wycieczkę i wrócić do domu. W praktyce nie było to jednak takie proste. Miałam do przebycia jeszcze jakieś 6 kilometrów pod warunkiem, że nie zgubie szlaku. Walczyłam ze zmęczeniem, ze swoimi słabościami, musiałam jednak myśleć trzeźwo i wykorzystać wszystkie swoje doświadczenia górskie. Najważniejszym zadaniem było nie zgubić szlaku. Idąc po omacku dotarłam do grupy ludzi, którzy znaleźli się w takim samym położeniu jak ja. W grupie poczułam się bezpieczniej. Razem zdecydowaliśmy się, że będziemy kontynuować podróż. Po godzinie morderczej jazdy na biegówkach dotarliśmy do bazy. Do teraz czuje smak herbaty jaką dostałam po dotarciu na miejsce.
Burza emocji jaką zaserwował mi dzisiejszy dzień wystarczy mi na długo, a dzięki nim wspomnienia będą wyraźne jeszcze przez wiele lat.

Fot. Tomasz Chrapek

czwartek, 1 marca 2012

Akcja na Esji

Zaczęło się zapewne od deszczu. Deszcz spadał równo na kamienie i na mech, na asfalt i na dachy, wpadał do rzeki i oceanu. W ten dzień po deszczu na niefortunny kamień niefortunna stopa stanęła i mimo najwyższej technologii podeszwa gumowa musiała ulec odwiecznym prawom tarcia, a dokładniej braku tarcia na śliskim kamieniu. Właścicielka niefortunnej stopy w grymasie bólu osunęła się na ziemię alarmując przy tym reszte grupy. W górach, poza głównym szlakiem, czekała ona na pomoc, podczas gdy mój telefon otrzymał alarmowego smsa.
Wskoczyłem na rower i z wiatrem w plecy przemierzyłem 4,5km dzielące mnie od bazy. W środku tylko jeden znajomy krząta się i czeka na instrukcje - reszta wyjechała już wcześniej. We dwóch uzbrajamy się w sprzęt i wskakujemy w samochód. Pędzimy pod znaną nam, a jakże, górę Esja, gdzie właścicielka niefortunnej stopy leży i na pomoc czeka. W górach nic nie jest zbyt łatwe; przedostanie się do ekipy znoszącej dziewczynę zajmuje nam 45 min. Dwukrotnie przekraczamy rzekę i wspinamy się na skaliste zbocze po którym za chwilę będziemy znosić poszkodowaną. Akcja jest dynamiczna, linami nosze asekurujemy z góry, zmieniamy się przy noszach, pokazujemy najlepszy wariant zejścia pocieszając przy tym dziewczynę. Po kilkunastu minutach dźwigania noszy ręka zaczyna odmawiać posłuszeństwa i trzeba się zmienić; na szczeście jest wystarczająco dużo ludzi aby te zmiany były płynne i cały orszak parł do przodu. Sporo trudności sprawiło nam przedostanie się przez rzekę - trzeba było wejść do wody i trzymać się blisko skalistego brzegu inaczej nurt z pewnością porwałby lub powywracałby kilka osób. Do wody oczywiście wchodzi się bez specjalnego sprzętu, ot po prostu buty trekingowe i wełniane skarpety, zatem dalsza część przygody minęła pod znakiem mokrych i zziębniętych stóp. Uśmiech dziewczyny, która zdołała, mimo wychłodzenia organizu i skręconej kostki o własnych siłach wsiąść do samochodu wynagrodził wszystkie trudy.
Była to pierwsza moja akcja ratunkowa, gdzie mogłem brać czynny udział przy transporcie rannego. Jak mówimy w branży - mam nadzieję, że już nigdy się to nie powtórzy.



środa, 29 lutego 2012

Wiosna, zima

Dzisiejszy dzień był idealnym przykładem jaka zmienna pogoda panuje na Islandii.
Budząc się rano, słońce całą swoją energią zaglądało przez okno, a ptaki urządzały koncert na drzewach. W powietrzu czułam wiosnę, a w myślach buzowały mi już wspomnienia z letnich wojaży. Jazda na rowerze do pracy była czystą przyjemnością. Letni wietrzyk rozwiewał włosy, a słońce dawało siły na cały dzień.
Moja radość nie trwała jednak długo. Już w pracy zauważyłam nagłe załamanie pogody. Zaczął padać gęsty śnieg, a po ośmiu godzinach pracy przywitała mnie najprawdziwsza zima. Śniegu było tyle, że jazda na rowerze była bardzo utrudniona. Korki na ulicach były tak duże, że nawet Darek wracając z miasta autem postanowił wpaść do Nas z wizytą aby przeczekać harmider drogowy wywołany gwałtownymi opadami. Tomek natomiast wyciągnął narty biegowe i zaczął już przygotowywać się na zimową przygodę.
Dzisiejszy dzień po raz kolejny pokazał mi siłę żywiołów. Na Islandii nie ma co walczyć z pogodą. Należy mieć do niej duży szacunek i być przygotowany na wszystkie pory roku w ciągu jednego dnia!

piątek, 17 lutego 2012

Walka z przeziębieniem

Dawno nie dopadło mnie takie przeziębienie. W czwartek mój głos zmienił się nie do poznania. Odbierając telefony w pracy cześć słuchaczy zwracała się do mnie na Pan;) Nawet współpracownicy przekomarzali się ze mną wołając do mnie Henryk.
W piątek jednak już nie było nikomu do śmiechu. Gorączka, ból gardła i prawie całkowita utrata głosu były znakiem, że czas zostać w domu i wypocząć.
Wyposażyłam się w cały arsenał domowych sposobów na przeziębienie.
W związku z tym, że nie jestem zwolennikiem leków rozpoczęłam swoją walkę od inhalacji z dodatkiem soli kuchennej. Następnie rozpoczęłam serię płukania gardła szałwią, rumiankiem i oczywiście roztworem z soli.
Zakupiłam ogromne ilości cytryny, czosnku, cebuli, imbiru, malin, i oczywiście miodu. Z tego co się dowiedziałam maliny zawierają w sobie salicylany, które działają jak naturalna aspiryna. Jeżeli chodzi o mód to najlepszy na przeziębienia jest lipowy. Akacjowy natomiast zostawiłam sobie na ewentualne problemy żołądkowe. Bardzo przydatne okazały się dla mnie informację ze stronki o uroczej nazwie "ekomiodek" :)
Pamiętając jeszcze z dzieciństwa różnego rodzaju mikstury na przeziębienie postanowiłam wyczarować popularny sok z cebuli tym razem z dodatkiem czosnku. Aromat syropu był powalający. Przed snem natomiast wypiłam mleko z dodatkiem miodu i czosnku.
Warto pamiętać, że nie należy dodawać miodu do gorącej herbaty lub mleka bo traci wówczas wiele odżywczych składników. Miód podobnie jak cytrynę należy wrzucać do ciepłych napoi.
Na jednej ze storn internetowych dowiedziałam się również o zbawiennym działaniu soku z buraków oraz o napoju z siemienia lnianego. Przyznam jednak, że picie siemienia lnianego nie należy do przyjemności. Napój wygląda jak flegma, której człowiek chce się pozbyć z gardła, a nie odwrotnie;) A tutaj strona, z której korzystałam.
Dzisiaj mija czwarty dzień choroby, a ja powoli odzyskuję głos. W walce z katarem pomaga mi dodatkowo inhalacja z dodatkiem niezawodnego Amolu. Jutro czas ruszyć do pracy. Mam zatem jeszcze paręnaście godzin na wyjście zwycięsko z tego boju. Jestem jednak dobrej myśli i ufam, że mój zahartowany przez islandzką pogodę i kąpiele w oceanie organizm poradzi sobie z tym zadaniem.